Linux czy Windows w budżetówce?

opensourcePrzeszukując zasoby Internetu spotykam wiele opinii traktujących o stosowaniu wolnego oprogramowania w sferze budżetowej. Wiele z tekstów, które czytałem, ma charakter zdziwienia z faktu wykorzystywania oprogramowania komercyjnego, zamiast wprowadzania modelu Open Source w instytucjach budżetowych. Pojawia się też coraz większa liczba argumentów, których celem jest przekonanie społeczeństwa do konieczności zmiany podejścia osób decyzyjnych w instytucjach publicznych, do wykorzystywania darmowych systemów, ponieważ wykorzystują one publiczne pieniądze. Argumenty te są często do siebie podobne, niezależnie od autora.

Zwolennicy darmowego oprogramowania twierdzą, że stosując oprogramowanie zamknięte, naraża się państwo na niepotrzebne koszty i luki bezpieczeństwa. Coraz bardziej słychać także głosy o nieprawidłowym przygotowywaniu – lub wręcz –  „ustawianiu” przetargów, w których zbyt dosadnie wskazuje się operacyjny czy pakiet biurowy. Jako przykład zaś, autorzy ci wskazują inne państwa, w których sfera budżetowa przeszła na otwarte oprogramowanie.

Z drugiej strony zie brakuje też głosów krytyki przeciwników wolnego oprogramowania, którzy podają przykłady państw, w których migracja na wolne oprogramowanie się nie powiodła. Z pewnością obie strony mają trochę racji, jednak po przeanalizowaniu argumentów obu stron, doszedłem do wniosków, które chciałbym przedstawić poniżej. Moje spostrzeżenia opieram na dostępnych obustronnych argumentach, lecz także w punktu widzenia programisty oraz długoletniemu doświadczeniu pracy w sferze budżetowej, gdzie, o zgrozo, nie zawsze o wyborze technologii decyduje zdrowy rozsądek.

Jestem też entuzjastą Linuxa i administruję serwerami Windows oraz Linux, jednak chcę podkreślić, że w tym felietonie podchodzę do problemu chłodno, starając się przedstawić argumenty „za” i „przeciw”, w sposób rozsądny, nie kierując się uprzedzeniami, które mogłaby przyczynić się do zachwiania niezależności.

Trochę o mnie

Wiele lat pracowałem w firmach prywatnych, w których byłem odpowiedzialny za wdrażanie technologii serwerowych oraz obsługę w instytucjach prywatnych oraz państwowych. Moim zadaniem było administrowanie serwerami opartymi o systemy operacyjne Windows oraz Linux. Konfigurowałem i utrzymywałem serwery bazodanowe, internetowe oraz serwery plików. Wdrażałem i serwisowałem też oprogramowanie finansowo – księgowe. Od około 10 lat pracuję w „budżetówce” jako administrator sieci, ale jestem także programistą.

Dlaczego korzystam z Windows Server?

Każda instytucja, zarówno publiczna, jak i prywatna – dąży do minimalizacji kosztów zarządzania przy zachowaniu optymalnego stopnia niezawodności oraz akceptowalnego poziomu bezpieczeństwa. My – administratorzy systemów wiemy, że im większa jest liczba stanowisk końcowych (użytkowników), tym większe musi być zaangażowanie działu informatycznego. Sytuacja ta zmusza do wykorzystywania wszelkich mechanizmów automatyzacji zadań zarządzania czy konserwacji, co wiąże się z wykorzystaniem narzędzi ułatwiających zarządzanie. Pozwala to zmniejszyć koszt obsługi instytucji, poprzez zmniejszenie personelu informatycznego, którego notorycznie brakuje.

Poniższa część jest przeznaczona dla administratorów systemów Linux, którzy nie mają wiedzy na temat systemu Windows Server

Sieci oparte o domenę Windows są centralnie zarządzane, zaś mówiąc o zarządzaniu, mam na myśli bardzo szeroki kontekst: automatyzację procesów instalacji klientów końcowych, automatyczną konserwację oraz zautomatyzowane zabezpieczenie „końcówek”.

Ten model zarządzania oparty jest o profile, które komputery klienckie pobierają z centralnego serwera podczas uruchamiania systemu (computer) oraz logowania się użytkownika (user). Każdy z utworzonych profili GPO (Group Policy Modeling) stanowi swego rodzaju „DNA” każdego podłączonego do sieci komputera klienckiego. Profil zawiera szereg ustawień, które komputer podłączony do sieci automatyzuje na każdym stanowisku pracy.

Wydawać by się mogło, że tworzenie profili dla każdego pracownika (komputera klienckiego) w przypadku dużych sieci jest pracochłonna, lecz w rzeczywistości, dla pojedynczego profilu, można podłączyć wszystkich, bądź wybranych pracowników – w zależności od polityki bezpieczeństwa organizacji. Dodatkowo, każdy użytkownik lub grupa użytkowników może być przypisana do wielu profili. Profile nazwane tematycznie, zawierają ustawienia i zachowanie systemu klienta lub całej grupy klientów. Inne zaś są dedykowane poszczególnym departamentom, np. księgowość, biurowość, kierownicy czy wydział informatyczny. Ustawienia i zachowania systemu mogą dotyczyć: polityki stosowanych haseł, mapowania zasobów sieciowych (dyski, foldery, drukarki, oprogramowanie, czas włączenia wygaszacza ekranu, blokowanie komputera w czasie bezczynności oraz wiele innych ustawień systemu). Jednocześnie można sprawić, by użytkownik nie będzie miał praw dostępu do modyfikacji tych ustawień.

Podczas podłączania komputera do domeny Windows (pierwsze logowanie), podłączony komputer pobiera, do których został przypisany. Administrator nie musi już myśleć zabezpieczaniu każdego komputera z osobna i zajmować się ustawieniami czy instalacją dodatkowego oprogramowania. Taki model zarządzania sprawdza się zarówno w niewielkich, jak i bardzo dużych sieciach, gdyż „las” wielu serwerów współpracuje ze sobą, gdzie główny serwer może udostępniać profile dla serwerów podrzędnych. Inną zaletą jest definiowanie centralnych kont komputerów i użytkowników na serwerze czy przekierowanie folderów (profile mobilne), w których komputer podłącza zasoby pulpitu, dokumentów, menu czy ustawień pobranych z serwera jako własne, gdzie ich rzeczywiste położenie, nieznane użytkownikowi, może być np. na zewnętrznej macierzy RAID. Ma to wiele zalet, jak choćby możliwość zalogowania się użytkownika na dowolnym komputerze w jednostce, przy uzyskaniu dostępu do własnych danych. O wiele prostsze jest przy tym sporządzenie kopii zapasowych, które odbywa się na serwerze, nie zaś na poszczególnych stanowiskach. Dzięki temu jeden pracownik działu informatycznego może obsłużyć dużą sieć komputerową. Jest to analogia do linuxowej Samby, która choć oferuje całkiem przyzwoite możliwości zarządzania poprzez GPO, znajduje się wciąż w fazie rozwoju i nie znam administratorów, którzy odważyli by się zastosować takie rozwiązanie w warunkach produkcyjnych. Niestety zarządzanie zarówno użytkownikami jak i zasobami w trybie znakowym Samby jest męczące, choć sytuacja zmieniła się i istnieje możliwość wykorzystania GUI poprzesz przeglądarkę, jednak narzędzia te przyprawiają o ból głowy tradycjonalistów, namiętnie wykorzystujących konsolę do zarządzania. Ten opór jest według mnie bezzasadny, ponieważ większość administratorów, choć czasem zmuszonych do wykorzystania konsoli, do pewnych operacji woli wykorzystać uproszczone mechanizmy zarządzania. Zaletą, ale i jednocześnie wadą Linuxa są według mojej opinii tekstowe pliki konfiguracyjne, które z jednej strony umożliwiają tradycyjne podejście do konfiguracji, lecz z drugiej strony – utrudniają programom automatyczną konfigurację oraz centralne zarządzanie. Jestem przekonany, że najlepszym rozwiązaniem byłby centralny rejestr ustawień w formie bazy danych, znany z Windows, co umożliwiło by stworzenie jednego spójny sposób konfigurowania całego systemu – podobny do regedit, ale bardziej przyjazny. W najnowszych dystrybucjach systemu Linux takie rozwiązania istnieją, choć konfiguracja wciąż zapisywana jest w dużej ilości plików. Problemem jest standaryzacja, lecz problem jest jak najbardziej dla mnie zrozumiały – Windows jest jeden, zaś dystrybucji Linux – wiele. Dodatkowo jak tego typu model przyjęliby tradycjonaliści, przyzwyczajeni do „grzebania” w setkach konfiguracyjnych plików tekstowych? Raczej mogłoby to doprowadzić do całkowitej dezorganizacji i chaosu, zaś każda dystrybucja promowałaby własny model ustawień i format bazy danych ustawień. Od dawna w wielu dystrybucjach systemu Linux ustawienia zapisywane są w formacie XML, co jest jak najbardziej pozytywne, lecz życzyłbym sobie, by ustawienia te były przynajmniej w części ustandaryzowane dla wszystkich menadżerów okien.

Szybkość, bezpieczeństwo, administrowanie

Do niedawna zaletą Linuksa była szybkość działania, niezawodność, cena, brak wirusów, niskie zapotrzebowanie na zasoby (w trybie konsoli) oraz sposób aktualizacji, który nie wymaga notorycznego restartu komputera, co jest prawdziwym utrapieniem administratorów Windows.Obecne wersje Windows nie ustępują jednak Linuxowi – Windows Server można zainstalować jako pozbawiony interfejsu graficznego, gdzie zapotrzebowanie na zasoby jest minimalne, wirusy są już dostępne na obu platformach, choć oczywiście w przypadku Windows, jest ich więcej. Bezpieczeństwo zaś zależy od administratora, nie zaś od systemu. Windows zdobywa coraz odważniej rynek serwerów internetowych, co do niedawna było wyśmiewane przez fanatyków systemu Linux.

Koszty zakupu i utrzymania

System Windows Server 2012 R2 Standard to wydatek rzędu 1400 zł. W wersjach bardziej rozbudowanych koszt może wynieść nawet 5000 zł. Niestety koszt zakupu serwera to nie wszystko. Należy także ponieść dodatkowe koszty przyłączania komputerów klienckich. Tak zwane „licencje dostępowe” to kolejne wydatki, które umożliwiają skorzystanie z serwera[1]. Koszty te mogą zamknąć się w kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysiącach złotych. W przypadku serwera Linux, wszelkie koszty zakupu systemu oraz licencji dostępowych odpadają.

Być może koszty mogą przerazić, lecz w modelu biznesowym, koszty licencji nie stanowią bariery zarówno dla przedsiębiorstw prywatnych, jak i publicznych, ponieważ są to koszty jednorazowe. Prawdziwe koszty pojawiają się podczas eksploatacji i serwisie systemu. W przypadku Windows znalezienie wykwalifikowanego administratora jest o wiele prostsze. Linux zaś jest o wiele mniej popularny, stąd problemem może być zatrudnienie wykwalifikowanego administratora, a nawet wyszukanie outsourcingu. Należy także zastanowić się nad opieką producenta nad oprogramowaniem. Być może w małych sieciach nie ma to wielkiego znaczenia, lecz w przypadku dużych przedsiębiorstw, zapewnienie ciągłości usług jest największym wyzwaniem, gdyż nie może być mowy o przestojach, które mogą generować wymierne straty ekonomiczne czy wizerunkowe. Planując dużą sieć, niezależnie od systemu operacyjnego, należy zawsze planować środki na wypadek wystąpienia zakłóceń. W przypadku systemu Linux, warto zastanowić się nad dystrybucją komercyjną, z dostępnymi narzędziami administracji i integracji w Windows oraz ze wsparciem technicznym ze strony producenta. Ostatecznie więc zarówno system Windows jak i Linux wymaga zakupu licencji, co jest oczywiste w przypadku Windows, to w przypadku Linuxa, argument o „darmowości” systemu obala filozofię systemu darmowego.

Jednym z argumentów, które spotkałem, to dostępność kodu źródłowego – w tym jądra Linux, co wg argumentującego ma umożliwić modyfikacje, jednak nie spotkałem śmiałka, który chciałby modyfikować kod źródłowy jądra, narażając przedsiębiorstwo na potencjalna niestabilność. Co innego otwarte kody dodatków czy oprogramowanie, jednak i w tym przypadku argument dotyczący źródeł uważam za niezbyt poważny, chyba że mówimy o najważniejszych systemach bezpieczeństwa państwa.

Baza danych to podstawa

Większość oprogramowania dedykowanego „budżetówkom”, ale także wszelkie systemy finansowo – księgowe działają w oparciu o serwery bazodanowe. Niestety zauważam niebezpieczny trend, gdzie na czołową pozycję w sferze budżetowej wysuwa się MS SQL Server, co stanowi niebagatelną barierę dla ambitnych administratorów, którzy chcieliby wdrożyć w swoim przedsiębiorstwie system Linux. Bariera ta wydaje się być nie do przejścia, ponieważ na dzień dzisiejszy, żaden serwer nie jest w stanie zastąpić tego produktu, który posiada własne „standardy”. Na szczęście pojawia się MS SQL 2016 Server for Linux, co może sprawić, że moje argumenty przestaną istnieć – i bardzo bym tego pragnął.

Pracując od wielu lat na kilku systemach bazodanowych mogę potwierdzić, że MS SQL Server to dopracowana i niemal bezadministracyjny silnik, do którego producent dołączył narzędzia administracyjne, dokumentację oraz bezpłatną wersję w postaci SQL Express, która ograniczona została maksymalnym rozmiarem bazy danych i ograniczeniem w wykorzystaniu niektórych zasobów serwera. W przypadku małych firm, ograniczenia te nie stanowią problemu, lecz w większych przedsiębiorstwach koszty ponoszone na zakup licencji samego serwera jak i licencji dostępowych wynosić mogą kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Użytkownicy i propagatorzy Linuksa upierają się przy bazie MySQL, tworząc kolejne testy wydajności przemawiające o wyższości tego serwer. Znawcy tematu wiedzą, że problem nie leży wyłącznie w wydajności, lecz znacznie głębiej.Po pierwsze, trudno uznać MySQL relacyjną bazą danych, choć tryb InnoDB posiada relacje. Serwer MySQL jest najczęściej stosowanym systemem bazodanowym dla aplikacji internetowych, gdzie zdobył ogromną popularność, zaś MS SQL częściej występuje w aplikacjach desktop, zaś dopiero zdobywa rynek internetowy.

Bazy danych, które doskonale nadają się do wykorzystania zarówno do aplikacji desktop jak i aplikacji Web to Postgresql jako całkowicie wolna platforma, której zalety trudno przecenić. Szkoda, że Postgresql jest dość słabo rozpowszechniony.

Nie nam z bazy, która nie posiada dedykowanych aplikacji. Pomijam przy tym składnię implementacji SQL, ponieważ biblioteki pośredniczące mogą w wielu przypadkach pośredniczyć w wymianie danych, jednak sprawa nie jest oczywista i zależy od wielu czynników. Na temat porównania serwerów bazodanowych można znaleźć wiele informacji w Internecie. Podobnie jak w przypadku darmowych systemów operacyjnych, także darmowe systemy bazodanowe są mało propagowane w szkołach i na uczelniach. Istnieją też poważne braki w dokumentacji, której jest pod dostatkiem w przypadku systemów komercyjnych. Zintegrowane środowiska programistyczne coraz częściej oferują standardowo obsługę różnych technologii, co w perspektywie czasu może przyczynić się do zainteresowania firm tworzących oprogramowanie.

Linux jako system biurkowy

Jeśli chodzi o wykorzystanie systemu Linux jako systemu biurkowego, sprawy mają się gorzej niż w przypadku serwerów, jednak pojawia się niewielkie „światełko w tunelu”, ale zacznę od początku.

Jestem użytkownikiem Linuksa od czasów procesorów 486, kiedy to podstawą po instalacji była konieczność przekompilowania jądra i dołączanie do niego sterowników, zaś uruchomienie X-ów było nie lada wyzwaniem.  Od tego czasu śledzę dynamiczny rozwój systemu. Średnio raz na rok pobieram najnowszą dystrybucje Ubuntu by przekonać się, jak przebiega jego rozwój. W tym roku przetestowałem dystrybucje najnowszą dystrybucję Ubuntu. Z doświadczeń, które przeprowadziłem wynika, że choć dystrybucja jest bardzo stabilna, wciąż brakuje w niej podstawowych narzędzi, których używam na co dzień, np. obsługi OneDrive czy środowisk programistycznych.

W przypadku testowania znanych menadżerów okien, Unity wydaje się najbardziej stabilny, zaś KDE wciąż sprawia problemy. KDE jest jednocześnie bardzo zasobożerny. Zainstalowany system z Unity od razu nadaje się do pracy, ponieważ jest skonfigurowany. Do niedawna byłem dość sceptycznie nastawiony na pasek uruchmieniowy (połączony z menu start), lecz gdy ujrzałem nowe menu start w Windows 10, uważam, że pomysł zastosowany w Windows jest idealny… Pewnym problemem jest za to pomysł odwrócenia miejsc ikon piktogramów w oknach, a dodatkowo użytkownik przesiadający się z systemu Windows, nie jest w stanie we własnym zakresie zaprowadzić porządku znanego z Windows. Uważam, że dystrybucja systemu po zainstalowaniu powinna być od razu przygotowana do działania. Wszelkie efekty czy niestandardowe (w porównaniu do Windows) widoki czy zachowania winny być włączane na wyraźne życzenie użytkownika, który z czasem może chcieć spróbować czegoś nowego. Menadżery okien, to ogromna zaleta systemu Linux. Dzięki możliwości wyboru, w zależności od zasobów posiadanego komputera, można dobrać sobie jeden z nich dla uzyskania maksymalnej wydajności czy „wizualności”. Osobiście preferuję proste menadżery okien, które nie wymagają dużych zasobów maszyny, oferując za to szybsze i mniej problemowe działanie i które zawierają najważniejsze elementy: pasek menu, pasek zadań, pulpit oraz tray. Cóż więcej potrzeba np. w urzędzie? Wykorzystanie Ubuntu jest więc dobrym rozwiązaniem.

Jakość wolnego oprogramowania

System operacyjny – nawet stabilny i piękny jest niczym bez oprogramowania. Jeśli ktoś chce używać komputera do redagowania pism, skanowania, drukowania czy korespondencji elektronicznej, Linux spełnia te wymagania z nawiązką. W poprzedniej wersji niniejszego felietonu narzekałem na brak systemów OCR, jednak sytuacja znacznie się zmieniła. Istnieje również wiele przeróżnych klientów poczty. Do redagowania pism można użyć jednego z dostępnych – i ujmijmy sprawę uczciwie – działających stabilnie pakietów biurowych, jakim jest OpenOffice lub jego krewniak – LibreOffice. Z jego pomocą edytować można pliki pakietu Office i na etapie testowanie nie spotkałem żadnych problemów. Niestety wiele aplikacji biurowych nie wzbudziła we mnie entuzjazmu, gdyż nie mogłem ukończyć żadnego tekstu, by aplikacja nie zgłosiła błędu. Warto podkreślić, że ten potężny pakiet biurowy jest dostępny także na platformę Windows.

Niektórzy narzekają na zbyt małą ilość sterowników Linuksa, lecz osobiście nie spotkałem się z tym problemem. System ten zawiera bogatą bazę sterowników. Być może w przypadku niestandardowych urządzeń, mogą wystąpić problemy, lecz testując różne dystrybucje uważam, że standardowy sprzęt biurowy jest obsługiwany przez Linuxa – wystarczy podłączyć i używać – takie prawdziwe Plug and Play, które początkowo nie do końca wychodziło Microsoftowi. Problemem w przypadku firm może okazać się bardzo mała ilość oprogramowania magazynowego czy księgowego, lecz w zamian pojawia się coraz więcej tego typu narzędzi dostępnych online.

Prawdziwą porażką państwa jest program Płatnik ZUS, który został opracowany wyłącznie dla systemu Windows. Sytuację można uznać za wyłącznie jako totalną porażkę państwa, które skazało przedsiębiorców na korzystanie z jednie słusznego systemu operacyjnego.

Linux w domu

Wykorzystując Linuksa w domu, użytkownik trafia na duże braki oprogramowania. Brakuje nawet podstawowych, stabilnie działających programów do edycji filmów. Rozumiem, że istnieją tego typu programy, lecz ich niestabilność dyskwalifikuje je do profesjonalnego stosowania. Użytkownicy wciąż nie skorzystają bezproblemowo z usług płatnej telewizji VOD, gdyż linuksowy Moonlight nie wspiera PlayreadyDRM. Zawiedzeni będą też fani gier, rozczarowani niewielką ilością gier tę platformę, pomimo istnienia Steam. Graficy nie znajdą popularnego Photoshopa i nie sądzę, że przesiądą się na darmowego Gimpa, bo są po prostu przyzwyczajeni do jego interfejsu i możliwości, zaś developerzy Gimpa uparli się na archaiczny interfejs programu. Oczywiście dla większości użytkowników domowych, Gimp jest nadzwyczaj wystarczającym narzędziem. Twórcy stron nie znajdą dobrych edytorów stron znanych z Windows, dzięki których mogą szybko projektować w trybie wizualnym szablony. Programiści nie znajdą tak doskonałych środowisk programistycznych, w których oprogramowanie tworzy się szybko, i przyjemnie. Producentom nie opłaca się inwestowanie w platformę, która nie przynosi zysków a jej użytkownicy „zabetonowani” są przeświadczeniem, że za nic nie powinno się płacić. Niektórzy z producentów, którzy ośmielili się spróbować, sami już się o tym przekonali (np. Kylix). Według mnie licencja GPL jest zbyt restrykcyjna dla firm komercyjnych, gdyż nakazuje udostępnianie źródeł, co jest modelem biznesowym sprzecznym niż ten, znany z Windows.

Na koniec tego wątku zaznaczam, że powyższe wady nie dyskwalifikują Linuxa jako platformy dla urzędów państwowych oraz szkół i dostrzegam tutaj możliwość oszczędności. Standardowe stanowisko pracy jednego urzędnika wyposażone w komputer z systemem Windows oraz Office to koszt około 1500 zł. Jeśli przemnożyć to przez ilość stanowisk w urzędzie oraz ilość urzędów, suma może być dość wysoka. W przypadku Linuxa, koszty te sprowadzają się do zakupu gazety z dystrybucją systemu.

Piractwo hamuje rozwój Linuksa?

Istotnym problemem w upowszechnianiu Linuxa jest wysoki poziom piractwa komputerowego w Polsce. Gdyby prawa autorskie były w Polsce bardziej przestrzegane, zaś każdy chciał zalegalizować zainstalowane na własnym komputerze programy, być może skłoniłoby to do większego zaangażowania w poszukiwaniu alternatywnych rozwiązań. Według raportu BSA, 41% oprogramowania na świecie jest nielegalna[5]. Jeśli chodzi o Polskę, wskaźnik ten jest jeszcze wyższy i wynosi 53%. Proszę sobie wyobrazić, że więcej niż połowa oprogramowania na polskich komputerach to nielegalne wersje! Straty branży IT z tego tytułu w skali światowej obliczono na 53 mld USD[6]. Badania te według mojej opinii są dość kontrowersyjne. Nigdzie bowiem nie jest powiedziane, że gdyby wszyscy użytkownicy mieli zalegalizować posiadane pirackie programy – kupiliby je, lecz większość prawdopodobnie zdecydowała by się na usunięcie ich z komputera.

Z doświadczenia wiem, że właściciele komputerów z nielegalnym oprogramowaniem nie czują się złodziejami. Problem tkwi nie w drogim oprogramowaniu w stosunku do niskich zarobków, jak twierdzą niektórzy z nich, lecz głównie w mentalności. Po co płacić za coś, co można bez problemu pobrać za darmo z sieci i skorzystać z dostępnego cracka (program łamiący zabezpieczenia programu)? Trudno jest tłumaczyć, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że wraz z crakiem można zainstalować w systemie oprogramowanie złośliwe. Zamiast Photoshopa, może użyć darmowego Gimpa lub inny prosty program graficzny, zamiast WinRar, można użyć 7-Zip, zamiast pirackiego MS Office, można wykorzystać Open Office, którego możliwości i tak przeciętny użytkownik domowy nie jest w stanie w pełni wykorzystać.

Należy na poziomie systemowym koncentrować się na zwiększeniu świadomości użytkowników dotyczącej własności intelektualnej poprzez kampanie społeczne, szkolenia i akcje uświadamiające. Piractwo nie może być postrzegane jako zaradność, lecz bezwzględnie piętnowane przez społeczeństwo. Kradzież oprogramowania nie różni się od innej kradzieży. Być może wówczas użytkownicy będą woleli szukać darmowych odpowiedników, a przy okazji usłyszą o darmowym Linuxie?

Przyszłość Open Source w budżetówce

Państwo powinno dużo bardziej ostrożnie podchodzić do wyboru technologii, na której opiera systemy informacyjne, koncentrując się na zagwarantowaniu niezależności technologicznej i przy jednoczesnym unikaniu uzależnienia od korporacji międzynarodowych. Warto postawić na otwarte oprogramowanie, zaś w przypadku systemów informacyjnych w E-administracji, wymagać w przetargach wykorzystywania rozwiązań pozwalających na międzyplatformowość. W dobie chaosu i postępującej wojny informacyjnej, państwo nie może ufać producentom zamkniętego oprogramowania, gdy coraz głośniej słychać o przypadkach oprogramowania, które przekazuje prywatne dane na zewnątrz. Nie można zagwarantować, że najnowszy sprzęt nie posiada w swoim firmware oprogramowania złośliwego a aktualizowany program antywirusowy, oprócz wysyłania podejrzanych plików, przesyła jednocześnie prywatne dane użytkownika lub przedsiębiorstwa.

Bezpieczeństwo państwa wymaga większego zaangażowania się organów w oprogramowanie wykorzystywane w sferze budżetowej. Podobnie jak w przypadku urządzeń szyfrujących, podlegających certyfikacji przez służby państwowe, podobnej certyfikacji powinno podlegać wykorzystywane przez organizacje rządowe oprogramowanie. Otrzymanie źródeł od producenta wcale nie jest niemożliwe, ponieważ wiele krajów, zanim zdecyduje się na skorzystanie z zamkniętego oprogramowania konkretnej korporacji, żąda uzyskania dostępu do źródeł systemu w celu jego kontroli i jest to praktykowane w wielu krajach.

Rozwijanie wolnego oprogramowania przynosi znaczne korzyści programistom, ponieważ oprócz pozyskiwania wiedzy i zdobywania doświadczenia przy współtworzeniu dużych projektów, developerzy mogą liczyć na różnego rodzaju dotacje. Otwarte oprogramowanie wspiera bezpośrednio 29% wewnętrznych projektów UE oraz 49% USA[8]. Nawet wielkie firmy wykorzystują w swoich produktach kod Open Source, ograniczając w ten sposób koszty związane z tworzeniem oprogramowania oraz zyskując dostęp do tysięcy osób na całym świecie, które całkowicie za darmo, testują oprogramowanie w poszukiwaniu błędów. Dzięki Open Source, firmy mogą zarabiać na wdrożeniach oraz serwisie, oferując klientom tańsze rozwiązania. Polecam w tym miejscu książkę Adama Walczaka, pt. „Projekty Open Source. Sposoby organizacji oraz źródła finansowania”.

W programie nauczania szkół powinien się znaleźć zapis o nauczaniu różnych systemów operacyjnych – w tym Linuxa, a dzięki temu, każdy uczeń mógłby poznać alternatywne systemy operacyjne. Proces kształtowania się naszego Społeczeństwa Informacyjnego będzie przebiegał długo, zaś pokolenie nowych użytkowników winno być świadome rozmaitych rozwiązań, co przełożyć się może w przyszłości na większą świadomość konsumencką. Młodych ludzi da się i należy kształtować.

Wnioski

Wdrożenie oprogramowania wolnego w sferze budżetowej nie musi zakończyć się sukcesem i wcale nie musi być opłacalne finansowo, jeśli nie będzie prawidłowo zaplanowane. Niektóre z państw przygotowują własne dystrybucje systemu Linux, zaś Polska ma na tym polu duży potencjał. Oprogramowanie finansowe i specjalistyczne oprogramowanie dla instytucji państwowych pisane jest najczęściej dla systemów Windows i trudno przenieść je do systemu Linux, gdyż jest to proces drogi i nieefektywny. Sytuację musi dostrzec przede wszystkim rząd i zaplanować długofalowy okres przejścia na rozwiązania multiplatformowe lub wręcz na systemy darmowe w takim stopniu, na ile się da.

Polska jest na etapie tworzenia E-government i widać pierwsze systemy działające niezależnie od systemu operacyjnego użytkownika, jednak wciąż moje obawy budzi wykorzystywanie nieprzenośnych rozwiązań. Jako kierunek długofalowego rozwoju dostrzegam jednak zwiększenie liczby programistów technologii .NET Framework oraz współczesnych frameworków PHP czy Python. Wcale nie krytykuję rozwiązań .NET – tym bardziej, że niebawem biblioteka ta będzie dostępna w innych systemach.

Nowo tworzone oprogramowanie dedykowane jednostkom publicznym musi wykorzystywać takie bazy danych, które są dostępne na innych systemach i wcale nie chodzi o to, by były one dostępne bezpłatnie. Państwo, jako dysponent pieniędzy podatników, winno wymagać od producenta udostępnienia kodu źródłowego tworzonego systemu informacyjnego, jako dobra społecznego, stworzonego za publiczne pieniądze. Męczą mnie argumenty przeciwników, że upublicznienie kodów źródłowych zmniejszy poziom bezpieczeństwa tych systemów. Upublicznione systemy mogą być rozwijane i testowane przez zgromadzoną wokół projektu społeczność, lub przez firmy wybrane w drodze przetargu na utrzymanie, rozwój lub pomoc techniczną dla obywateli. Każdy z przedstawionych modeli rozwoju może być koordynowany przez instytucje państwowe, co znacznie zmniejszy koszty jego rozwoju i obsługi.

Zdaję sobie sprawę, że developerzy wykorzystają biblioteki osób trzecich, które niekoniecznie podzielają mój pogląd Open Source, ponieważ każde przedsiębiorstwo strzeże swoich kodów źródłowych jako swoistej wiedzy, na której zarabia. Pamiętajmy jednak o tym, że są to systemy tworzone na zamówienie państwa, za publiczne pieniądze. Takie kontrakty stanowią dla przedsiębiorstw źródło pewnego zysku. Dlatego też stawiane im wymagania muszą być zgodne z polityką bezpieczeństwa państwa, do której zaliczyć należy również niezależność technologiczna.

Powyższy artykuł jest nową wersją źródła: L. Klich, tytuł oryginalny: Subiektywnie o wolnym oprogramowaniu w budżetówce, wortal linux.pl, z dnia 17 luty 2012.

 

[1] System Windows Server umożliwia podpięcie maksymalnie 5 komputerów. Aby podłączyć więcej komputerów, należy dokupić licencje dostępowe.

[2] Zob. Commercial License for OEMs, ISVs and VARs, http://www.mysql.com/about/legal/licensing/oem/

[3] Zob. Raport z badania ilościowego dla Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania, Pentor, Poznań 2010, http://pppit.org.pl/publikacje/badanie_pentor.pdf, s. 9

[4] Fork – to nowa aplikacja będąca pochodną innej aplikacji. Dzięki dostępności kodów źródłowych, forki są częstym zjawiskiem w systemie Linux.

[5] Zob. Piractwo komputerowe w Internecie: zagrożenie dla Twojego bezpieczeństwa, BSA, 2010, http://www.bsa.org/country/~/media/Files/Research%20Papers/internetpiracy/internetpiracyreport%20poland2009.ashx, s. 7

[6] Tamże, s.7

[7] Zob. Raport z badania ilościowego dla Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania, Pentor, Poznań 2010, http://pppit.org.pl/publikacje/badanie_pentor.pdf, s. 16

[8] A. Walczak, Projekty Open Source. Sposoby organizacji oraz źródła finansowania, Poznań 2011, s. 90

1500total visits,2visits today

Tagi , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

+ 17 = 22

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.